Borówki i mieszkania

 


Borówki i mieszkania


Czy plantator z katowickiego Brynowa stanie się właścicielem części osiedla mieszkaniowego? Sprawa trafiła przed sąd.


W Katowicach, niedaleko ulic Kościuszki i Gawronów trwa budowa mieszkań. Powstają tam dwa bloki mieszkalne, których budowę zaplanowano wiele lat temu. W tej sprawie odbyły się konsultacje społeczne, podczas których nikt planom tym się nie sprzeciwiał. Również Andrzej Szczogiel, właściciel położonej w ich pobliżu plantacji borówek amerykańskich. Dziś jednak twierdzi, że budynki powstają w części na terenie, który mu się należy.


W sądzie trwa więc proces. Już wiadomo Andrzej Szczogiel czynnie uczestniczył w konsultacjach dotyczących zagospodarowania tej części miasta. Wcześniej nigdy nie mówił, że ziemia  należy do niego. Stosunkowo niedawno zgłosił do niej roszczenia. I chce przekonać sąd, że choć nie ma na to dokumentów, to sporna (jego zdaniem) ziemia należała do jego dziadka. Domaga się zasiedzenia twierdząc, że ziemia ta przez lata była użytkowana przez niego, a wcześniej przez rodziców i dziadków.


W procesie o zasiedzenie odbyła się już pierwsza rozprawa. Sąd przesłuchał niektórych świadków. Analiza tych zeznań każe głębiej zastanowić się nad tym, co twierdzi plantator.  Dodajmy, że sama plantacja nie znajduje się na terenie, którego dotyczy spór. Położona jest niedaleko. Budowa bloków w żaden sposób nie ingeruje w teren tej plantacji. Bliżej stawianych budynków jest natomiast dom, w którym Andrzej Szczogiela mieszka. Granicę wyznacza płot, postawiony przez Holdimex. 


Zeznaje brata Szczogiela: szczegóły sprzed wielu lat.


Pierwszym świadkiem na sali rozpraw był brat Andrzeja Szczogiela. Przedstawił on niezwykle szczegółowe wspomnienia, sięgające aż lat 60-tych. W swoich zeznaniach mężczyzna opisał m.in. ogrodzenie – początkowo drewniane, później metalowe – oraz różne formy użytkowania spornego terenu, jak sadzenie warzyw, zakładanie sadu owocowego a także tworzenie pastwiska. Chwilami nie było jasne czy mówi o spornej działce, czy może o innym terenie. Brat Andrzeja twierdził również, że na spornym gruncie Szczogielowie posadzili drzewa i stworzyli rekreacyjne zaplecze dla dzieci. Miała tam być na przykład piaskownica.


Sąd będzie musiał ocenić wiarygodność tych zeznań porównując je z zeznaniami innych osób. Geodeci, którzy przeprowadzali tam pomiary w 2021 i 2022 roku, wskazali, że teren był zaniedbany, otoczony rozwalającym się ogrodzeniem. Rosły tam nieliczne drzewa, w dodatku samosiejki. 


Stary, zniszczony płot, dziurawe ogrodzenie oraz fakt, że Szczogiel bez sprzeciwu pozwalał na wykonywanie pomiarów przez wynajętych przez Holdimex geodetów, nie bardzo pasuje do obrazu, jaki przedstawiał jego brat. 


Czy Andrzej Szczogiel wiedział, gdzie jest jego granica?


Podczas przesłuchania geodeci zeznali, że Andrzej Szczogiel wiedział, że sporny dziś teren jest w dyspozycji Holdimexu. Wskazywał im granice swojej działki na mapie. Nigdy też im nie mówił, że geodeci wchodzą na jego ziemię i na jego ziemi wykonują pomiary. 


Geodeci wspomnieli, że Szczogiel nie zachowywał się jak właściciel – spokojnie pozwalał im prowadzić prace, nie protestował, nie przeszkadzał. Natomiast, co ciekawe, interesował się tym, co geodeci robią. To jego zainteresowanie było bardzo szczególne. W rozmowach z nimi Andrzej Szczogiel zastanawiał się, kiedy będzie musiał opuścić ten teren ze względu na planowaną tam inwestycję. To może sugerować, że jego roszczenia wobec Holdimexu mogą mieć inne podłoże niż rzeczywiste przekonanie o prawie własności do spornego dziś gruntu. O tym, że czuje się właścicielem tej ziemi, nigdy geodetom nie wspomniał. Nigdy też nie mówił im, że to była ziemia jego dziadka. Że była to ojcowizna.


O co wcześniej chodziło


Co wydaje się bardzo zaskakujące i ważne, brat Andrzeja Szczogiela zeznał, że głównym celem plantatora borówek było “odsunięcie” planowanych przez Holdimex budynków od granicy swej działki. Świadek ten wspomniał, że temat własności gruntu nigdy nie był głównym przedmiotem rozmów oraz spotkań z prezesem Holdimexu. 


Dyskusje dotyczyły jedynie ustalenia odległości planowanej zabudowy od posesji Szczogielów,. Chodzić miało o dystans dosłownie kilku metrów. Te zeznania kontrastują z obecnym roszczeniem Andrzeja Szczogiela - twierdzącego dziś, że sporny teren stanowi jego własność.


Dlaczego nie ma dokumentów?


W czasie rozprawy sądowej sąd dopytywał o dokumenty, które mogłyby potwierdzić prawo własności rodziny Szczogiela do spornego terenu. Z zeznań wynikało jednak, że żadne dokumenty jednoznacznie tego nie potwierdzają. 


Bracia Szczogiela twierdzili, że teren został przekazany ich dziadkowi w 1956 roku jako ekwiwalent za ziemię w Piotrowicach - innej dzielnicy Katowic. Jednakże akt notarialny z tego okresu nie zawiera dokładnych danych, które potwierdzałyby przynależność tej właśnie ziemi, o którą toczy się spór, do rodziny Szczogiela. 


Na sali padło pytanie o to, dlaczego przez prawie 70 lat rodzina Szczogielów nie podjęła starań, aby uregulować stan prawny nieruchomości? To bardzo ważne pytanie, chodzi wszak o to, czy sporny grunt to ojcowizna Szczogielów, czy nie. 


I na takie właśnie pytanie brat Andrzeja odpowiedział, że… bracia Szczogielowie (w tym ten, który domaga się zasiedzenia) traktowali ten teren jako własność i nigdy nie zastanawiali się nad potrzebą formalnych kroków. Tu trzeba pamiętać o tym, że zgoda na korzystanie z terenu, była uzgadniana z Holdimexem. Odbywało się to jawnie - na zasadzie ogłoszonego wszem i wobec przetargu. Lecz Szczogiel nigdy nie angażował się w formalne dyskusje z Urzędem Miasta. Nie protestował też, gdy grunt, do którego rości teraz prawa, został wystawiony na przetarg.


Wspomnienia kilkulatka


Podczas rozprawy oglądano zdjęcia z rodzinnego albumu Szczogielów. Były czarno-białe. Miały kilkadziesiąt lat. Bracia Szczogiela przedstawili wiele wspomnień z tego odległego okresu. Jeden z braci zeznał, że wryły mu się w pamięć takie szczegóły, jak na przykład miejsca, w których stały drzewa czy płot. Dobrze to pamięta, choć miał wówczas zaledwie kilka lat. Na zdjęciu, okazanym w sądzie, był małym dzieckiem, które trzymano na rękach. 


Stare fotografie bardzo szczegółowo opisał. Może więc warto byłoby sprawdzić czy równie dobrze pamięta również inne szczegóły z okresu pierwszych lat życia. Tymczasem świadek ten twierdził, że potrafi wskazać precyzyjnie położenie drzew czy płotu. Pomimo upływu lat i tego, że szkody górnicze w latach 70. znacznie zmieniły krajobraz tego terenu.


Chaszcze i dziurawa siatka


Brat Andrzeja Szczogiela zeznał, że jego rodzina użytkowała sporny teren jak swoją własność nieprzerwanie aż do sierpnia tego roku, kiedy to doszło do zniszczenia ogrodzenia. Podkreślał również, że teren był zagospodarowany i ogrodzony. To miałoby rzecz jasna świadczyć o dbałości Szczogielów o tę ziemię i traktowaniu jej jak własność.


Ten obraz znacząco kontrastował z zeznaniami geodetów. Ci wskazali, że ogrodzenie było w złym stanie – praktycznie przewracało się, a miejscami była to jedynie dziurawa siatka. Geodeci mówili, że sporny teren wyglądał na nieużytek. Były tam chaszcze i samosiejki i całość nie robiła wrażenia takiej, o którą by ktoś dbał. 


Słuchając geodetów - z jednej strony, zaś z drugiej - braci Szczogielów, odnosiło się wrażenie, że mowa o dwóch różnych miejscach. Fakt, którego nikt nie kwestionuje, to że Andrzej Szczogiel biernie przyglądał się pracy geodetów a nawet w pewnym stopniu im pomagał. Musi on budzić poważne wątpliwości. Wszak Andrzej Szczogiel pokazywał im nawet, gdzie przebiega granica pomiędzy własnością jego i nie jego. A teraz ziemię za tą właśnie granicą pragnie zasiedzieć i twierdzi, że należała do dziadka. 


Szkody górnicze, rozlewisko, zapadlisko


W zeznaniach świadków pojawiły się opisy szkód górniczych, jakie pojawiły się w latach 70. ubiegłego wieku. Rodzina Szczogielów miała wtedy uzyskać odszkodowanie od kopalni „Wujek” za zniszczenia, obejmujące zarówno ogrodzenie, jak i drzewa owocowe, a sama kopalnia zapewniła dowóz kamienia na naprawę zniszczonej drogi dojazdowej. 


Bracia przyznali, że część tego terenu musiała być rekultywowana i przez dłuższy czas nie nadawała się do pełnowartościowego użytku, ze względu na zapadlisko i rozlewiska. To burzy obraz nieprzerwanego gospodarowania przez rodzinę Szczogielów na terenie, który ma być sporny. Nie sposób także ustalić, za co dokładnie Szczogielowie otrzymali odszkodowanie od kopalni. 


Ustalanie mapy granicznej w 1981 - nie było zastrzeżeń


W pewnym momencie była mowa o nakreśleniu mapy granicznej, co wydarzyło się w 1981 roku. Jeden z braci plantatora borówek zeznał, że podczas wyznaczania granic na tej mapie rodzina nie zgłaszała żadnych zastrzeżeń co do ich przebiegu. 


To musi zadziwiać. Wtedy był przecież najwłaściwszy moment, by powiedzieć - “to nasza ojcowizna”. Wynika z tego tyle, że dziś sporny teren - wtedy spornym nie był. I Szczogielowie nie protestowali, gdy został on uznany za należący do miasta. 


To właśnie miasto przecież ogłosiło przetarg na jego użytkowanie wieczyste. Przetarg ten wygrał Holdimex. Wygrał po to, by budować tam mieszkania. Pzypomnijmy więc, że i wtedy nikt z rodziny Szczogielów przeciwko tym planom nie zaprotestował. 


Szczogielowie nie protestowali przeciwko przeprowadzaniu przetargu. Nie żądali jego unieważnienia. Zaś po korzystnym dla Holdimexu rozstrzygnięciu nie skierowali sprawy do sądu z wnioskiem o uznanie spornego dziś terenu za ich. Nie wskazywali, iż grunt ten należeć miał do ich dziadka. Nie czynili tego również i wówczas, gdy trwały konsultacje społeczne dotyczące tego, co na tym terenie ma powstać. 


Plantator przeprasza prezesa 


Wątek przeprosin, jaki się podczas rozprawy pojawił, to absolutna sensacja. Andrzej Szczogiel przepraszać miał prezesa Holdimexu za to, że wszczął postępowanie o zasiedzenie. Jak usłyszeliśmy na rozprawie, krok ten mieli mu podpowiedzieć prawnicy. Zaś Andrzej Szczogiel miał przepraszać mówiąc, że choć zdecydował się na to, jednak nie pragnął przejęcia terenu. Brat Andrzeja Szczogiela przyznał na rozprawie, że głównym celem plantatora borówek miało być jedynie odsunięcie nowych budynków osiedla od domu i od posesji. 


Sąd zapowiedział kolejną rozprawę i zamierza przesłuchać kolejnych świadków. Na razie więc nie dowiedzieliśmy się, czy Andrzejowi Szczogielowi uda się zostać właścicielem ziemi, nie mając dokumentów potwierdzających jej własność. Fascynująca batalia trwa. 


Jest ona fascynująca tym bardziej, że na gruncie, do którego rości sobie prawo Andrzej Szczogiel, wyrastają nowe mieszkania. Czy wobec tego Andrzej Szczogiel (w przypadku korzystnego werdyktu) mógłby stać się właścicielem nieruchomości, którą buduje Holdimex? Kto w takiej sytuacji będzie miał prawo do sprzedawania tych mieszkań? 


A jeśli tak by się stało, to co dalej? Czy Holdimex będzie miał prawo do odszkodowania? Jaka byłaby jego wysokość? I kto by takie odszkodowanie płacił? Podatnicy?


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

drony łaziska energetyka